O tym się nie mówi.” – czyli o problemach uczniów szkół muzycznych z perspektywy absolwenta

Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z ilości przeszkód, które napotykają młodzi muzycy podczas swojej artystycznej edukacji. Wiadomo, są radosne momenty, w których czuje się spełnienie, zwłaszcza po udanym koncercie, jednak to tylko kropelka w morzu wciąż pojawiających się trudności. Nie lada wyzwaniem jest już sam fakt pogodzenia muzycznej pasji z nauczaniem ogólnokształcącym. To, oraz wiele innych czynników skutkuje tym, że uczniowie prowadzą wyjątkowo stresujący tryb życia, co często powoduje problemy, także na polu psychicznym.

Przeciwności, jakie spotykają młodzi adepci muzyki na swojej drodze, a raczej ich rodzaj, w dużym stopniu zależy od m.in.: typu szkoły, do jakiej uczniowie uczęszczają (Ogólnokształcąca Szkoła Muzyczna – OSM czy Państwowa Szkoła Muzyczna – PSM), typu nauczania (uczniowie czasem uczą się indywidualnym tokiem, bądź mają nauczanie indywidualne), poziomu uzdolnień ucznia oraz odporności psychicznej.

Uczniowie OSM mają nieco ułatwione życie, ale czy jest im lepiej niż tym, którzy chodzą do szkoły popołudniowej? Prawdą jest, że nie muszą się w środku dnia przemieszczać i tracić czasu na dojazdy, ale zamiast tego siedzą w jednym budynku od rana – czasem – do nocy, a zajęcia wychowania fizycznego to ich jedyna możliwość zadbania o własne ciało. Uznaje się, że ci uczniowie dużo ćwiczą na instrumentach, lecz niestety często jest wręcz odwrotnie. Ilość godzin spędzonych w szkole nic nie oznacza w momencie, gdy sal do ćwiczeń wciąż brakuje… W efekcie uczniowie dziennej szkoły nie mogą poświęcić swojej pasji tyle czasu, ile by chcieli.

Chyba, że któryś uczeń jest na indywidualnym toku. Wtedy taka osoba nie chodzi na zajęcia, ćwiczy tyle, ile potrzebuje, jeździ na konkursy, koncerty, a na koniec półrocza zalicza egzaminy klasyfikacyjne. Jest to bardzo dobre rozwiązanie, natomiast też ma swoje wady. Nauczyciele zakładają, że bycie na indywidualnym toku nauki to codzienne zaglądanie do książek, systematyczne przyswajanie wiedzy czy realizowanie materiału równolegle z klasą. Owszem, takie są założenia, ale nierzadko rzeczywistość bywa kompletnie inna. Uczniowie objęci tym typem nauczania zazwyczaj poświęcają się ćwiczeniu na instrumencie, a wcześniej wspomniane koncerty i konkursy, których im nie brakuje, są tak wyczerpujące, że po powrocie z trasy nie mają siły na nic innego, jak tylko na sen i regenerację organizmu. A kiedy w takim razie się uczyć na egzaminy?

Istnieje natomiast jeszcze młodzież zdolna, która ma nauczanie indywidualne. W takiej sytuacji do domu ucznia przyjeżdżają nauczyciele, realizują z nim podstawę programową i następnie stawiają stopnie, które finalnie umożliwiają mu klasyfikację. To jest moim zdaniem najlepsza opcja dla utalentowanych dzieci, ale i tutaj można się doszukać minusów. Taki typ nauczania wyklucza jedną, bardzo istotną kwestię w życiu każdego młodego człowieka – rówieśników. Przebywanie większość czasu w samotności może skutkować nawet strachem przed ludźmi czy, co gorsza, alienacją. I jak potem wyjść na scenę i zagrać koncert, który przecież zakłada obecność publiczności?

Wypadałoby jeszcze powiedzieć o przeciętnych uczniach, którzy chodzą do szkoły muzycznej, lubią grać na instrumencie, nie zawsze mają piątki, ale jakoś sobie radzą. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że mimo wszystko w szkołach artystycznych jest parcie na bycie tym „wybitnym”, „wyjątkowym”. Przecież skoro dziecko się dostało do szkoły artystycznej to musi zostać wielkim, koncertującym muzykiem. I tutaj często największym problemem są rodzice, ich wyobrażenia, ich ambicje. To oni, widząc sukcesy „tych wybitnych”, nie akceptują faktu, że ich pociecha może nie ma predyspozycji do światowej kariery. Dzieci takich rodziców czują się automatycznie gorsze, niewystarczające, a taki stan rzeczy może prowadzić do poważnych problemów psychicznych.

Uczniowie PSM także nie są pozbawieni przeciwności. Szkoła muzyczna to nie są zajęcia dodatkowe, tylko szkoła, która także absorbuje czas i wymaga poświęcenia. Tego faktu niestety nie rozumie wielu nauczycieli uczących w tzw. „zwykłych szkołach”. Myślą, że jak jest w klasie osoba uzdolniona muzycznie to jednak na pierwszym miejscu ma szkołę ogólnokształcącą, więc nie potrzebuje wyrozumiałości i wsparcia. Niestety, są w błędzie. W efekcie uczeń, który kocha muzykę i chciałby z nią wiązać przyszłość jest przeciążony nauką i ledwo wiąże koniec z końcem, zapominając już, czym jest odpoczynek. I pojawia się jeszcze jedna kwestia. W szkołach są apele, przedstawienia, prawda? I co wtedy nauczyciele robią? Proszą o uświetnienie uroczystości piękną grą na instrumencie. Nikt już nie pomyśli, że aby zagrać to trzeba poćwiczyć, a żeby poćwiczyć  trzeba mieć czas. A skąd ten czas wziąć, skoro pedagodzy zadają ogromne ilości prac domowych i wymagają przygotowania na każdą lekcję? Bardzo często utalentowane dziecko stoi przed wyborem – albo pasja albo zdanie do następnej klasy. Takie sytuacje nigdy nie powinny mieć miejsca. Jaki świat byłby piękny,  gdyby każdy zdolny uczeń mógł liczyć na zrozumienie ze strony swoich nauczycieli…

Warto teraz powiedzieć kilka słów o odporności psychicznej albo raczej o jej braku. Wielu uczniów szkół muzycznych zmaga się z tym problemem. Ma to związek przede wszystkim z ogromną wrażliwością, która jest niezbędna w rozwoju muzycznym oraz z wszechobecnym w tej dziedzinie stresem. Jeśli człowiek nie nauczy się już w młodości radzić ze sobą, to w konsekwencji może skończyć tragicznie, nawet odbierając sobie życie. Aby temu zapobiec, wielu nauczycieli stara oswoić ucznia z jego wrażliwością, tym samym zapobiegając wypełnieniu się najgorszego scenariusza. Gdy młoda, jeszcze nieukształtowana, artystyczna dusza dostanie się w ręce wspaniałego pedagoga, który ją poprowadzi, nauczy opanowywać tremę, zbuduje w niej pewność siebie to skutki takich działań zobaczymy nie tylko w ogromnych sukcesach ucznia, które będą świadczyły o jego dojrzałości muzycznej, ale przede wszystkim w ogólnej zaradności życiowej, a ta będzie dowodem na to, że jest on także wartościowym człowiekiem. Bo przecież wychowanie muzyczne to nie tylko wpajanie dzieciom zasad muzyki, ale też nauka, jak poradzić sobie z talentem, jak go nie zmarnować, jak najlepiej się nim dzielić z innymi.

O czym się mówi? O ich sukcesach, o ich koncertach, o kolejnych nagrodach. Natomiast oni, młodzi adepci muzyki, to też są ludzie. Też mają problemy.  Też czasem jest im ciężko. Wiem, że z perspektywy publiczności to „artystyczne życie” wydaje się być usłane różami. Jednak tylko przypomnę, że każda róża ma kolce. Im więcej róż, tym więcej cierpienia.

 

Kamila Wawrzeńczyk